

Zawodnik Kingway Team, aktualny Mistrz Polski w wyścigach motocyklowych, a także właściciel jednego z tarnowskich klubów. Mowa o Piotrze Passku, który w wywiadzie dla Tarnowskiego Portalu Sportowego, opowiada o swojej największej pasji oraz życiu poza torem.Rozmawiały Arleta Siedlik i Sylwia Kozioł. Arleta Siedlik: Jak rozpoczęła się Pana przygoda z motocyklami? Piotr Passek: Wszystko zaczęło się od motorynki, już kiedy byłem małym chłopcem. Wsiadłem raz i mi się to bardzo spodobało. Później jeździłem różnymi motocyklami, aż wsiadłem na supersporta. Sylwia Kozioł: Co spowodowało, że zdecydował się Pan robić to, tak na poważnie? P.P: Zawsze chciałem to robić, tylko kiedy ja miałem ten najlepszy czas na rozwój, czyli jakieś 20 lat temu, było bardzo ciężko. Nie było możliwości, aby wówczas wyjechać z Polski i trenować pod okiem zawodowców, gdzieś na Zachodzie. To od zawsze była moja pasja i chciałem się ścigać, ale nie było ku temu warunków. Teraz są, może parę lat za późno, ale staram się gonić. A.S: Jak obecnie wyglądają Pańskie przygotowania do zawodów? P.P: To nie jest sport typu: siatkówka, czy piłka nożna. Tam ubiera się buty, bierze się piłkę i idzie się grać. Natomiast wyścigi to jest duże przedsięwzięcie logistyczne, trzeba po prostu zapakować tonę sprzętu i jechać na tor. Tam wszystko zorganizować i dopiąć na ostatni guzik. Cały sztab osób jest do tego potrzebny. A.S: W ostatnim czasie zmienił Pan barwy klubowe, odszedł Pan z Suzuki Grandys Team do Kingway Team. Co zadecydowało o tym transferze? P.P: Po pierwsze dużo lepsza propozycja finansowa i większe możliwości rozwoju. Poza tym w Suzuki Grandys Duo nastąpiły pewne nieporozumienia na linii zespół – zawodnik. Rzadko się to zdarza, że zawodnik w trakcie sezonu zmienia team, ale ja się na to zdecydowałem. Wszelkie okoliczności sprzyjały, aby podjąć taką decyzję. A.S: Jakie cele sportowe chce Pan osiągnąć w nowym zespole? P.P: Cel na przyszły sezon, to przede wszystkim dalszy rozwój. Dużo zależy od budżetu, bo tutaj wszystko w większości uzależnione jest od pieniędzy. Jeśli uda się dopiąć budżet, który pozwoli na częste testy, treningi, jazdę i na zbudowanie bardzo dobrego motocykla, to chcielibyśmy ścigać już czołówkę zawodników polskich, którzy biorą udział w Mistrzostwach Europy. Celem jest też start w Pucharze Europy. A.S: Czy któryś z wyścigów zapadł Panu jakoś szczególnie w pamięć? P.P: Tak, to był mój pierwszy start w Pucharze Suzuki, rok temu. Wywróciłem się przy prędkości prawie 200 km/h. Poza potłuczeniami i straconą na chwilę świadomością, to nic mi się nie stało. Biorąc pod uwagę przy jakiej prędkości się to wydarzyło, wypadek zakończył się praktycznie niczym wielkim. Dlatego to tak bardzo zapadło mi w pamięć. A.S: Na pewno wszyscy mają jeszcze głęboko w pamięci pewien sierpniowy wyścig WMMP na torze w Poznaniu. W wyniku odniesionych w wypadku obrażeń zginął dobry zawodnik, występujący w zespole DePRO Racing Team – Jakub Derecki. Czy tego wypadku nie dało się uniknąć? P.P: Różne pogłoski i plotki chodzą na temat tego wypadku i samego zawodnika, który przystąpił do wyścigu. Z opisu innego sportowca, który to obserwował, bo wywrócił się akurat okrążenie wcześniej i doskonale widział ten cały incydent, można się dowiedzieć kilku rzeczy. Mówił on, że zawodnik wyjechał z toru na “pełnych kotłach”, w pozycji wyścigowej na motocyklu . Nie hamował, nie robił nic i wyjechał z toru, pojechał na wprost i nie wiadomo dlaczego dojechał aż do bandy, bez żadnej reakcji. Wszyscy twierdzą, że stracił przytomność, wówczas było bardzo gorąco, 40 st. C w cieniu, dramatyczny upał. Z opisu wyglądało, że wypadł z toru, a jechał jakby wciąż się na nim znajdował, przejechał po trawie, przez żwir i uderzył prosto w bandę. A.S: Jak takie katastrofalne incydenty na torze wpływają na psychikę innych zawodników? Czy rodzi się w głowie obawa przed szybką jazdą na motocyklu? P.P: Trzeba to zostawić z boku, nie wolno tego brać ze sobą na motocykl, bo wtedy nie ma żadnej jazdy. Stało się, ale na pewno nie był to taki „naturalny” wypadek, przez to mieliśmy świadomość, że nie jest to incydent, który może się przytrafić każdemu. W normalnych warunkach i przy zwykłej reakcji człowieka, gdy wylatuje się na motocyklu poza nitkę toru, to coś się robi: hamuje, wywraca się, traci prędkość. Nie można brać ze sobą takich lęków wsiadając na motocykl. Trzeba się po prostu skoncentrować na wyścigu i nie myśleć o niczym innym. Jestem tylko ja i mój sprzęt, a przede mną prosta, potem: jeden, drugi, trzeci i czwarty zakręt. Mnie obchodzi tylko najbliższy zakręt przede mną i to co mam za chwilę zrobić. Jak będę myślał o innych rzeczach to nic z tego nie wyjdzie. A.S: Często można usłyszeć o kontuzjach, które zdarzają się podczas wyścigów: połamane żebra, skręcone kończyny, potłuczenia itp. Czy Panu przytrafiła się kiedyś taka poważna kontuzja? P.P: W tej chwili mam akurat kontuzję, po ostatnim wyścigu, gdzie startowałem już w Pucharze Europy połączonym z Mistrzostwami Polski. Wyciąłem tam takiego poważnego „dzwona”, mam teraz potłuczone żebra i krwiaka na boku. Żadnych złamań na szczęście nie miałem. A.S: Pańskie życie to nie tylko wyścigi, jest Pan również właścicielem znanego, tarnowskiego klubu – Alfa Club. Jak godzi Pan czas, energię i zapał pomiędzy sportem i prowadzeniem dyskoteki? P.P: Tutaj chciałbym podziękować swojej ukochanej żonie, która pod moją nieobecność „trzyma rękę na pulsie” i wszystkim się zajmuje. Staram się w miarę to wszystko poukładać, aby niczego nie zaniedbywać. Wiadomo, że nie da się tego zrobić idealnie, ale nie ma innej opcji; muszę temu podołać. S.K: Wspomniał Pan o żonie, czy ona nie boi się o Pana życie i zdrowie przed każdym wyścigiem? P.P: Żona przede wszystkim cieszy się z moich sukcesów i z tego, że dojeżdżam cały i zdrowy. Wiadomo, że również się stresuje i martwi się o mnie, ponieważ z perspektywy kibica wygląda to dość “ostro”, gdy widzi się motocykle, które pędzą ponad 200 km/h, tną się na żyletki i wchodzą bokami w zakręt. Szczególnie jeszcze jak po drodze pojawi się jakaś wywrotka, gdzie robi się ogromne zamieszanie, wygląda to dość groźnie. A.S: Co jest bardziej emocjonujące dla Pana: prowadzenie klubu, czy stary w WMMP? P.P: Zdecydowanie bardziej stary w wyścigach, bez porównania. Klub, to jest praca, akurat biznes taki, a nie inny. Ale motocykle i wyścigi to moja pasja życiowa. S.K: Skąd właściwie wziął się pomysł, aby otworzyć klub? P.P: Wydawało mi się, że w Tarnowie brakuje takiego większego klubu w centrum miasta. Trafił się lokal i stwierdziłem, że spróbuję. A.S: A czym dla Pana są wyścigi motocyklowe; tylko sportem, czy też pewnym stylem życia? P.P: To jest moja życiowa pasja i dążę w tym do perfekcji. Życzyłbym sobie tego, aby to stało się moją główną misją życiową. Chciałbym się ścigać zawodowo, wyczynowo i poważnie przynajmniej w skali Europejskiej. A.S: Jak ocenia Pan sezon 2009 w swoim wykonaniu? P.P: Według mnie sezon bardzo udany, po pierwsze dlatego, że zdobyłem Puchar Polski. Druga sprawa, pobiłem rekord toru w PP, w wyścigu, jeśli chodzi o debiut w klasie Mistrzowskiej, były to zawody połączone z Pucharem Europy. Pięć zwyciężonych wyścigów na sześć możliwych, wszystkie wygrane kwalifikacje. Uważam, że mogę być zadowolony z siebie. A.S: Co sądzi Pan o promocji sportu w Tarnowie? P.P: Generalnie to uważam, że w promocja sportu w Polsce jest nieciekawa. Jeśli chodzi o wyścigi, to nawet nie mamy czego porównywać do Zachodu. S.K: Ten sport nie jest w naszym kraju zbyt popularny… P.P: Tak, w Polsce jest jak to w Polsce. Nie mamy nic, co związane byłoby z asfaltem – ani dróg, ani torów. Mamy tylko jeden tor, który znajduje się w Poznaniu, jeśli chodzi o jego nitkę to jest w porządku, natomiast infrastruktura jest dramatem. Kraj jest delikatnie cofnięty jeśli o to chodzi. S.K: A co z tarnowskim sportem? P.P: Jeśli chodzi o sport motorowy, to akurat mamy żużel i jest to w miarę popularne w Tarnowie. S.K: Właśnie, czy te 20 lat temu nie myślał Pan o tym, aby wsiąść jednak na motocykl żużlowy? P.P: Wiadomo, żużel był tutaj od zawsze, jak byłem mały to tato mnie zabierał na mecze i też mi się ten sport podobał. Jednak większe prędkości i emocje są w wyścigach. Moim zdaniem sport, który uprawiam jest na pewno trudniejszy pod względem fizycznym. Jazda ślizgiem kontrolowanym na żużlu jest zupełnie inna, niż szybka jazda motocyklem na granicy przyczepności opon, gdzie trzeba mieć ten „szósty zmysł „ aby tę granicę wyczuć. Mój sport jest przez to bardziej emocjonujący, tym bardziej można spojrzeć szerzej – żużel na świecie nie istnieje. Speedway jest takim sportem lokalnym, a wyścigi są bardziej ogólnoświatowe, na Grand Prix czy World Superbike przychodzi po 200 tys. ludzi. Jeśli chodzi o popularność ogólnoświatową to wyścigi stoją wysoko ponad żużlem. A.S: Pan wspiera promocje wyścigów w Tarnowie? P.P: Staram się poprzez Auto Moto Klub tarnowski, żeby w jakiś sposób docierać do ludzi, aby wiedzieli iż coś takiego istnieje. Również propaguję to wśród znajomych, żeby zachęcali ludzi z motocyklami, do tego by zjechali z ulicy i próbowali swoich sił na torze. Są organizowane treningi dla amatorów, więc można śmiało z tego skorzystać. Często osoby, które przejechały się po torze stwierdzały, że już nie chcą ze swoimi maszynami wracać na ulicę. Po pierwsze nie rozwiną nigdy tej prędkości, którą mogą uzyskać na torze. Poza tym bezpieczeństwo jest nieporównywalne. A.S: Czego nie zrobiłby Pan nigdy? P.P: Absolutnie nie chciałbym być nie uczciwym człowiekiem i krzywdzić innych. Poza tym, jeżeli coś nie kłóciłoby się z moim sumieniem, to chyba nie ma takiej rzeczy. A.S: Jaki prywatnie jest Piotr Passek? P.P: Wiadomo, jak każdy człowiek mam swoje wady i zalety. Najbardziej to lubię nic nie robić, tylko leżeć i odpoczywać przed telewizorem, jednak czymś w życiu trzeba się zajmować. Przede wszystkim nie lubię smutasów, a preferuję imprezowanie. Wydaje mi się, że nie odbiegam od normy, takiej średniej krajowej. Nie mam jakiś dziwnych odchyłów, może poza tym, że jeżdżę grubo ponad 200 km/h po torach wyścigowych, a tak to nie różnię się od przeciętnego człowieka w moim wieku. Dziękujemy za rozmowę. Źródło: sportowytarnow.pl | ||
| Dodał: admin, dnia 08.02.2010, 12:51 | ||